FANDOM


Zabić. Pożreć. Pochłonąć moc. Kha'Zix
 Pustka rośnie, Pustka ewoluuje — to Kha'Zix spośród jej niezliczonych tworów jest najlepszym tego przykładem. Ewolucja napędza tego mutującego potwora, stworzonego do przetrwania wszystkiego i zabijania silnych. Jeśli mu się to nie udaje, wykształca nowe, bardziej efektywne sposoby radzenia sobie z ofiarami. Choć z początku był bezmyślną bestią, inteligencja Kha'Zixa rozwinęła się tak bardzo jak jego postać. Teraz, to stworzenie tworzy plany polowań i nawet wykorzystuje pierwotny strach, jaki sieje wśród ofiar.

Łowca Pustki Edytuj

Nikczemny drapieżca Pustki, Kha'Zix przedostał się do Valoran, aby pożreć najbardziej obiecujące stworzenia tej krainy. Pochłania moc każdego gasnącego życia, a tym samym staje się coraz bardziej potężny. Kha'Zix wprost dyszy żądzą unicestwienia i pożarcia  Rengara – bestii którą uważa za równą sobie.

Kiedy Kha'Zix przekroczył granice tego świata, był wątły i wygłodniały. Stworzenia, które początkowo napotykał na swej drodze, były zbyt drobne, aby zaspokoić jego potrzebę szybkiej ewolucji. Właśnie dlatego Kha'Zix postanowił zacząć polować na najbardziej niebezpieczne z napotykanych stworzeń. Przemożna chęć ewolucji kazała mu tańczyć ze śmiercią. Każdy żer był ucztą zmieniającą go w coraz to silniejszego i szybszego drapieżcę. Nie minęło wiele czasu, a Kha'Zix polował na swoje ofiary z niepohamowaną już agresją, podsycaną przeświadczeniem o swojej absolutnej mocy. Nadszedł jednak dzień, kiedy Kha'Zix z myśliwego stał się ofiarą. Zajęty pochłanianiem świeżo upolowanej zdobyczy, nie zauważył przyczajonej bestii. Ta rzuciła się na niego jednym susem i przygniotła go do ziemi. Z rykiem wpiła się weń stalowymi pazurami, rozszarpując jego ciało. Po raz pierwszy w życiu Kha'Zix poczuł zapach własnej krwi. W furii rozciął oko bestii, odpierając tym samym jej atak. Walczyli od zmierzchu do świtu. W końcu oboje ledwo uchodząc śmierci, niechętnie się rozdzielili. Kiedy Kha'Zix wylizał już swoje rany, jego umysł rozpaliła żądza pożarcia tego, którego siła może równać się z siłą Pustki. Z jeszcze większym zapałem wyruszył na poszukiwania mocodajnego żeru. Nadejdzie dzień, gdy to Rengar stanie się żerem Kha'Zixa.

Adaptacja Edytuj

Wygnanie jest równoznaczne z wymazaniem.

To nie jest tak, że cię zapomniano. Po prostu nigdy cię nie było. Każde z uderzeń twojego serca uznano za niegodne liczenia. Nawet niewolnicy mają łańcuchy, które dowodzą ich wartości. Nawet zmarłych się opłakuje.

Ja jestem niczym dla Kiilashan, którzy mnie zrodzili. Imię  Rengar nie budzi już u nich wspomnienia twarzy ich pobratymca, syna Wodza Ponjafa. Zostałem wyrzucony z ich serc i z kręgu ich ognisk.

Takiego losu nie da się odwrócić.

Tak przynajmniej mi powiedziano. Lata i krew są w stanie zmienić takie rzeczy.

Moje serce wciąż bije, więc zaniosłem im trofea zdobyte, gdy podążałem ścieżką łowcy. Bez żadnego słowa postawiono mnie przed wzrokiem mojego ojca. Zaproponował mi powrót do plemienia, w którym moje imię byłoby wymieniane, a twarz pamiętana, w którym uderzenia mojego serca znowu byłyby liczone.

Po czym wymienił cenę za ów powrót.

Muszę wytropić cień. Zabójczy okruch bezksiężycowej nocy. Potwora.

Powrócę z dżungli z jego  głową, a nie będę już dłużej wygnany.


Stapiam się z drzewami. Słucham, wącham, czuję. Zaznajamiam się z zapachem tysiąca małych i dużych stworzeń. Bierze się to z instynktu wyostrzonego niewzruszonymi naukami mężczyzny, który odnalazł wyrzutka i wytyczył mu ścieżkę łowów. Wciąż noszę ze sobą nóż podarowany mi przez Markona.

Szukam niepasującej istoty, która zamieszkuje te tereny, lecz nie jest w stanie znaleźć tu dla siebie miejsca.

 Grzechoczące trofea zwisające zazwyczaj z mojego okrycia zostawiłem w obozie. Mam tylko ostrze, warstwę tłuszczu, którą wygładziłem futro, i powolne, miarowe bicie serca łowcy w mojej piersi.

Pośród tętniącego życiem lasu deszczowego nie ma nic... aż nagle coś się pojawia. Jest nikłe, ale wyczuwalne, prześlizguje się po moich zmysłach. Ta chorobliwie słodka niewiadoma zatrzymuje mnie na chwilę, gdy ją identyfikuję. Nie pasuje do niczego na każdy z możliwych sposobów. Jest ohydna. To wróg życia na sposób, którego nie potrafię opisać. Bezcześci wszystko dookoła siebie.

Rozpoczynają się prawdziwe łowy. Podążam za tropem.

Okrążam go niczym wąż, ale nigdy go nie dotykam. Wytrzymuję zapach niepasującej istoty do czasu, aż dźwięki rozlewu krwi nagradzają mnie za moją wytrwałość.

Coś umiera. Za drzewami przede mną. Nie umiera najlepiej.

Stado brzytwodziobów. Choć daleko im do szczytu łańcucha pokarmowego, brzytwodzioby to wciąż zdolne drapieżniki i rzadko grają rolę ofiary. To, co je zaatakowało, albo jest rozpaczliwie głodne, albo nie przejmuje się ich zabójczością.

Uśmiecham się, obnażając kły. Może jednak czeka mnie wyzwanie.

Fetor niepasującej istoty przytłacza wszystko inne. Przylgnął do zlepków jasnego, zakrwawionego upierzenia, rozsianych bezładnie na ściółce. Wdrapuję się szybko na szeroki, chropowaty pień, a moje szpony niosą mnie po cichu ku koronie. Przykucam tam pośród liściastych cieni, smakuję wilgoć w powietrzu, mrużę oczy i szukam mojej ofiary.

Porusza się z niezwykłą prędkością. Jest niczym broń wyostrzona do granic możliwości. Ofiara skacze w tę i we w tę, miga mi przed oczami, gdy kończy zabijać i szykuje się do ucztowania.

Obietnica trofeów nie pobudza jej do polowania. Wyczuwam w jej ruchach głębszy głód, coś większego od pierwotnego instynktu przetrwania.

Ostatni brzytwodziób ginie, a niepasująca istota zwalnia. Mimo to ciągle jest w ruchu. Skacze i prześlizguje się po ziemi niczym opary dymu. Teraz widzę ją lepiej. Odczuwam przez nią swędzenie w mózgu.

Jest niczym insekt, ale nie do końca. Niektóre jej części nie mają sensu. Ma kończyny i mięśnie, i skorupę, i szpony, które nie mogą należeć do jednego stworzenia — a to wszystko wewnątrz połyskliwego szkieletu zewnętrznego, czarnofioletowego niczym zgniły owoc. Powietrze i światło wiją się wokół niego. One też nie chcą go dotykać.

To daje mi zrozumienie, którego szukam. Niepasująca istota również nosi na sobie ślady wygnania. Jestem gotów odesłać ją do plugawości, z której wyszła.

Trzymając nóż Markona, zeskakuję z gałęzi.

Bez żadnego dźwięku ląduję za tym stworzeniem. Nie zwraca na mnie uwagi. Wiem, jak poruszać się niewidziany i niesłyszany, dopóki nie nastąpią te słodkie, pełne adrenaliny chwile po zadaniu śmiertelnego ciosu. Dotarłem na szczyt łańcucha pokarmowego dzięki adaptacji i instynktowi... i w tym momencie mój instynkt krzyczy, że coś jest nie tak.

Zawahanie ratuje moją krew przed dołączeniem do krwi brzytwodziobów. Ledwo dostrzegam szpon, gdy przecina powietrze w miejscu, które przed chwilą zajmowałem. Ta istota spodziewała się mnie. Gdybym się nie zatrzymał, już by mnie nie było.

Wszystko szło zbyt gładko. Zbyt łatwo. Powinienem był zorientować się wcześniej. Obietnica Ponjafa oślepiła mnie, pewność siebie przegniła i przeszła w pychę, przez co wystawiłem się na atak.

Wstrętne cykanie dobiega z gardła potwora. Śluz pobłyskuje na jego szczękach. Na jego plecach widać ruch, jakby coś chciało wydostać się spod pancerza. Potwór syczy — nie jestem w stanie stwierdzić, czy to syk bólu, czy przyjemności — gdy nowa para kończyn pojawia się raptownie i przemienia w obrzydliwe, zwisające skrzydła. Dostrzegł, jakie zagrożenie stanowię, więc się zmienił. Nie chce się poddać ani przyjąć roli ofiary.

Rzucam się naprzód.

Za wolno. Riposta stworzenia wybija mi nóż Markona z uścisku. Moje oczy przez chwilę podążają za bronią z sentymentem głupca. Ten błąd otwiera niepasującej istocie ścieżkę do ataku.

Wystrzeliwuje kolejny piekielnie ostry szpon. Palący, piekący ból. Ryk w uszach.

Wycofuję się. Krew ścieka mi po twarzy.

Z trudem próbuję się oddalić i mrugam, aby pozbyć się czerwieni przesłaniającej moje pole widzenia. Prawym okiem widzę wszystko rozmyte. Lewym tylko ciemność. Ryk nie chce zamilknąć.

Dotykam policzka. Uświadamiam sobie, co zabrała mi bestia.

Strzepując ostatnią kroplę paskudnego śluzu ze skrzydeł, niepasująca istota podnosi się i staje nade mną. Obnaża kły i albo rzuca mi dalsze wyzwanie, albo szczerzy się okrutnie, i wznosi moje lewe oko do góry, żebym mógł je zobaczyć. Powoli przesuwa pokrytą krwią gałkę nad kłami i wrzuca ją prosto do gardzieli.

Żołądek podchodzi mi do gardła. Zaciskam pięści i przecieram pozostałe oko.

Co za zbezczeszczenie. Zachodzi symboliczna zmiana, gdy to podłe stworzenie odbiera mi rolę łowcy. Nie czuję już bólu. Tylko gniew.

Rzucam się na istotę. Nie potrzebuję żadnego noża. Mam szpony, z którymi się urodziłem, i triumfalny ryk, którego nauczyłem się sam. Nie zostanę pokonany.

Ścieramy się.

Czerwony taniec brutalności zdaje się nie mieć końca. Gonimy się naprzemiennie. Ten potwór jest lodowatą ciemnością. Ja zaś rdzeniem mściwego słońca. Tniemy się raz za razem, a reszta świata całkowicie traci znaczenie.


Wreszcie, gdy zapada noc, mój wróg ucieka.

Albo... po prostu tak chcę to widzieć? Może nauczył się ode mnie wszystkiego, czego mógł, i instynkt pokierował go ku większym rzeczom. Dopada mnie wyczerpanie. Tracę przytomność, bogatszy o parę krwawych ran i obrzydliwe poczucie związania z tym potworem. To więź wytworzona w chwili, gdy zjadł kawałek mojego ciała.

Kiilashanie znają niepasującą istotę jako Kha’Zixa.

W starym języku śmiertelników znaczy to tyle, co „Stawiasz Czoła Sobie”.

Jakby na potwierdzenie prawdziwości tego imienia zmieniała się ona w trakcie naszej walki, rosnąc i wykręcając się. Zawsze parła do przodu, stale badając swe granice, ja zaś patrzyłem wewnątrz siebie, w przeszłość i ku mojemu plemieniu, żeby przyzwać wściekłość spowodowaną wygnaniem.

Lecz to było za mało. Tak jak ta istota się adaptowała, tak i ja muszę uczynić.

Albowiem dopnę swego.

Przypisy

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.